Dobra Szkocka
Ma na imię Amy McDonald, jest 20latką ze Szkocji i debiutowała w roku 2007. Jak na razie nagrała jedną płytę, zatytułowaną “This is the life”, która do tej pory sprzedała się w ponad 1.000.000 egzemplarzy. Niezły wynik, jak na początek. Co mam więcej napisać? (więcej…)
A song inside my head, a demon in my bed :)
Ciasto z galaretką i owocami potrafi być bardzo stymulujące. Szczególnie, jeśli te owoce to kwaśne wiśnie ;) Wykrzywiają buzię, a od kurczenia mięśni twarzy od razu chce się człowiekowi myśleć. Jednym piegiem myśląc o Geoffrey’u Chaucer’ze, drugim okiem słuchając muzyki i uchem planując napisanie notki, postanowiłam palcami wklepać w klawiaturę adres w-o-r-d-p-r-e-s-s-.c-o-m. (więcej…)
Things will be great when you’re downtown!
Jakie jest marzenie każdego młodego wykonawcy, który staje po raz pierwszy w świetle fleszy? Odpowiedź nie jest trudna- wszyscy chcą przejść do historii, stając się postacią kultową tak jak Rolling Stonesi czy przynajmniej Queen. Jak jednak tego dokonać?
W głowie świeżo upieczonego idola roją się zapewne różne pomysły, lecz większość z nich okazuje się zbyt ryzykowna, kosztowna czy po prostu za trudna. W stworzenie dobrego albumu trzeba zainwestować nie tylko pieniądze, ale i czas- choć może wychodzi na to samo, skoro domeną show biznesu stało się hasło “czas to pieniądz”. Dość kuszącym, aczkolwiek nie nowym pomysłem na karierę może być zatem kopiowanie wykonawców, którzy niegdyś święcili sukcesy- ich przeboje się już sprawdziły, a wystarczy troszkę inaczej je przyprawić, podgotować i zapakować, a publika przyjmie je jako nowe danie. Kariera “instant” bazuje na nieświadomości młodych ludzi- niestety, muszę przyznać że jest to choroba nas wszystkich- pewnej ignorancji. W opisany wyżej sposób na listy przebojów powróciły takie piosenki, jak “She’s like a wind” Patricka Swazye, której cover nagrany przez Lumidee, czy też “Mas que nada” przerobione przez Black Eyed Peas.
Podobny los spotkał utwór Petuli Clark, za który w przypływie nowoczesnej twórczości zabrała się Emma Bunton. O samej pani Clark warto wiedzieć, że była megagwiazdą brytyjskiej sceny muzycznej i filmowej w latach 60. XX wieku. Ze swymi 70 milionami nagrań wciąż w tej kategorii pozostaje wiodącą solistką na Wyspach. Utwór, który możecie wysłuchać poniżej, stał się jej największym hitem. Wykorzystano go m.in w filmie “Przerwana lekcja muzyki” (“Girl, interrupted”) i serialu “Lost”. Nie dziwi więc, że obudził zainteresowanie obecnych wykonawców, mianowicie Emmy Bunton.
Jaki jest mój komentarz do sytuacji? Nie mam nic przeciwko czerpaniu ze studni dziejów, zjawisko to popierał np Jan Kochanowski, a nikt nie mówi o nim “plagiator”. Różnica między czasami współczesnymi niestety leży w tym, że w XVI w aby zabrać się za uznane dzieło należało mieć na to naprawdę dobry pomysł. Zazwyczaj jestem krytyczna zatem wobec tego typu przedsięwzięć, autorom coverów brakuje bowiem owego renesansowego podejścia. Muszę jednak przyznać, że choć za samą Bunton nie przepadam, nie potrafię jednoznacznie poniższego teledysku skrytykować.
Samo wykonanie jest podobne do wielu utworów wykorzystujących rytm jako motyw przewodni, do tego nieco flegmatyczny głos byłej Spicetki. Całość utrzymana jest w konwencji lat 60., przede wszystkim świadczy o tym wystrój hotelu, w którym akcja się toczy, oraz pojawiające się postacie: Elvis Presley, Marylin Monroe, Brigitte Bardot. Uroku całości dodaje wyraźnie nawiązanie do Mulin Rouge, a także do wykonania autorskiego Petuli. Wiele aspektów działa jednak na niekorzyść remake’u.
Nie rozumiem celu upodobnienia Emmy do Pameli Anderson, być może niezamierzonego, trudno jednak ten detal przeoczyć, tak jak znaczącego gestu wykonanego rękami podczas śpiewania części “downtown”- przypomina to raczej wskazywanie na krocze, a nie aluzję do serca miasta. Ogólnie teledysk przypomina podsumowanie lat 60., nie ma zaś wiele wspólnego z samą treścią piosenki. Na szczególne potępienie zasługuje już chyba sama końcówka, w której wokalistka przebiera się w strój gwiazdy, jakby chciała się postawić na piedestale wraz z niezaprzeczalnie utalentowanymi postaciami goszczącymi na ekranie. Podsumowując, być może Bunton wypada dobrze, jeśli nie zna się oryginału. Ja jednak, ze świadomością, na co się odważyła i jak jej to wyszło, mogę dać jedynie 5/10 pkt. Czy jestem zbyt surowa, oceńcie sami.